Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruben van der Vaart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruben van der Vaart. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

somebody stole my car radio


R U B E N  V A N  D E R  V A A R T
23 lata // mieszka w hotelu ciotki // cyklofrenia aseksualnego panromantyka
zmęczone oczy na papierach do tłumaczenia // częsta pomoc w recepcji i kuchni

historia męki | pamiętnik | powiązania

*
ktoś kto przytuli i ktoś, komu przez przypadek złamie nos.
ewentualnie dwa w jednym.

wtorek, 4 lutego 2014

20.12.2014 - śmierć wydaje się lepsza niż migrena w mojej głowie.
31.12.2014 - hotel wciąż obwieszony świątecznymi ozdobami. dużo ludzi, bardzo dużo ludzi. nigdy nie widziałem tak wielu ludzi w jednym miejscu naraz i nie wiem, jak się z tym czuję. wystarczy że mnie nie będą dotykać ani się do mnie uśmiechać, gdy będę im dawał klucze do pokojów. w święta jest tu najwięcej ruchu, co oznacza więcej pieniędzy i mniejsze poczucie osamotnienia, bo może pójdę do kina lub do muzeum. albo kupię nowe płyty. płyty są lepszymi przyjaciółmi niż ludzie. dlatego nie mam planów na sylwestra.
02.01.2015 - jest tu gorąco, zbyt gorąco. nawet wieczorem się duszę. nie mogę założyć ulubionego granatowego szalika. w amsterdamie mógłbym. tłumaczyłem coś podczas oglądania wiadomości porannych. znów gdzieś pożar. zdecydowanie wolę powodzie.
05.01.2015 - podczas gdy deszcz pada z nieba w rozbitych kawałkach szkła, krwawię niczym akwarele i pijane pastele na klatce schodowej. i pytam się samego siebie - dlaczego jeszcze się modle? kiedy to się wszystko skończy? i kogo to, do cholery, obchodzi?
there's faith and there's sleep and we need to pick up one please because
faith is to be awake and to be awake is for us to think and for us to think is to be alive

Amsterdam i jego dom były przytulnym miejscem, gdzie mógł wyjść na przejażdżkę rowerem nad rzeką ze swoim granatowym szalikiem osłaniającym jego usta i szyję przed jesiennym powietrzem wiedząc, że nie byłby jedynym. Życie w takim środowisku zdecydowanie wpłynęło na jego technikę rysowania drzew nad wodą, kanałów, małych łodzi i zarówno małych, białych ławeczek. Nie miał kim się zająć, więc zajmował się otoczeniem. Tam pokochał także koty, które zawsze się gdzieś kręciły, dokarmiane przez kocie mamy pozbawione możliwości wzięcia ich do małego mieszkania. Pokochał tam watę cukrową, kreskówki w telewizji, śpiew ptaków wiosną, kubki gorącej czekolady, parki rozrywki i zimę. Pokochał tam wiele rzeczy, ale nie samego siebie.
Nikt nie uprzedził go, że miałby męczyć się z tym wszystkim. Czasami czuje się tak, jakby wszechświat od zawsze wysyłał mu ewidentne sygnały, jednak on za każdym razem był zbyt zajęty podziwianiem obrazów w swoim ulubionym muzeum w mieście, aby zwrócić na nie uwagę. Zaślepiony, nigdy nie podejrzewał tego wszystkiego.
Nie wie kim jest. W żadnym momencie swojego życia nie wie już, czy choroba przemawia poprzez jego opuszki palców i machnięcia rzęsami, czy to naprawdę on. Nie wie czy lubi gorącą czekoladę bo mu smakuje, czy traktuje ją tylko jako formę odprężenia. Nie wie czy lubi głaskać koty bo czuje potrzebę podarowania komuś swojej miłości, czy dlatego że to dodaje mu pewności siebie i poczucia kontroli nad czyimś życiem. Nie wie, czy za chwilę nie będzie starał się to zwierzę udusić. Nawet wtedy nie wie, czy jest to spowodowane frustracją przez chorobę, czy to właśnie choroba sama w sobie. Nie wie czy czasami ludzie zdają się go lubić za to, kim jest - może oni są mniej zagubieni od niego samego - czy to jednak ponownie okres hipomanii, który przywołał do niego ludzi. Boi się pójść spać nawet w zły dzień, bo nigdy nie wie co nastąpi gdy się obudzi. Nauczył się żyć ze świadomością, że zawsze może być gorzej, toteż stara się nie narzekać. Nie na głos.
Poza pokochaniem wielu rzeczy, w swoim mieście wiele także stracił. Nikt w gruncie rzeczy go tam już nie trzymał i jedynym melancholijnym wspomnieniem są te cudne pejzaże, które chciałby móc namalować nie z pamięci przynajmniej ostatni raz, lub jego ulubione obrazy, które przychodził odwiedzać w muzeach parę razy na miesiąc.
Zaakceptował już fakt, że jego rodzicom wreszcie udało się od niego uwolnić i zapewne wzdychają z otuchą gdzieś w dalekiej Holandii. Wysłali go na drugi koniec kuli ziemskiej gdy tylko jego psycholog wspomniał, że zmiana otoczenia dobrze by mu zrobiła. Wykorzystali obecność ciotki, wuja i ich dzieci w zdecydowanie zbyt gorącej dla tej pary płuc Australii, a chłopak cały czas utrzymuje kontakt z psychologiem, który przypomina mu o częstym aktualizowaniu swojego pamiętnika. Podobno przechodzi przez pozytywną fazę, dba o siebie i powtarza sobie, że jest najważniejszą osobą we własnym życiu. Ale kto wie, co będzie jutro? Co wtedy pomyśli? Jego płuca wdychają ogień i jego skóra krzyczy przypominając o tym, kogo zabił. Ktoś ukradł jego radio, więc teraz siedzi w ciszy, a czasami cisza jest brutalna.